„Dotyk wypełniony miłością jest darem, który zmienia życie – zarówno tego, kto daje, jak i tego, kto otrzymuje.”
Mary Kawena Pukui
Ten cytat znajduje się na stronie głównej PonoPono Studio nieprzypadkowo.
Można przeczytać go jak piękne zdanie o masażu. Można też zatrzymać się przy nim trochę dłużej.
Bo czym właściwie jest dotyk wypełniony miłością?
Czy chodzi o uczucie do osoby, której wcześniej nie znaliśmy?
O delikatność?
O jakąś szczególną energię?
Dla mnie nie.
Chodzi o coś znacznie bardziej ludzkiego.
O to, że sposób, w jaki dotykamy drugiego człowieka, nigdy nie jest całkowicie oddzielony od tego, kim sami jesteśmy.
Lomi Lomi Nui nie zaczyna się od rąk
Lomi Lomi Nui bywa nazywane „masażem kochających dłoni”.
To określenie łatwo sprowadzić do ładnego hasła. Ciepły olej, płynne ruchy, spokojna muzyka, Hawaje i wszystko gotowe.
Tylko że dla mnie najciekawsze zaczyna się znacznie wcześniej.
Zanim ręka dotknie ciała, należy przecież do konkretnego człowieka.
Do kogoś, kto ma własną historię, sposób myślenia, doświadczenie, temperament i własną relację z dotykiem.
Technikę można przekazać.
Można nauczyć ułożenia dłoni.
Można pokazać pracę przedramieniem.
Można ćwiczyć przejścia, rytm i pozycję przy stole.
Ale później przychodzi moment, w którym nauczyciela nie ma już obok.
Zostajesz Ty, osoba leżąca na stole i to wszystko, czego przez lata nauczyły się Twoje ręce.
Lomi Lomi nigdy nie było jedną identyczną techniką
Hawajskie Lomi Lomi ma wiele tradycji i sposobów wykonywania.
Wiedza była przekazywana między nauczycielami, praktykami i w obrębie rodzin. Poszczególne linie mogły różnić się sposobem pracy, używanymi technikami czy charakterem samego spotkania.
Dlatego poszukiwanie jednego, idealnego i niezmiennego „hawajskiego masażu” prowadzi donikąd.
Lomi Lomi nie jest recepturą, w której każdemu należy podać identyczną ilość tych samych składników.
To żywa praktyka.
A żywa praktyka zawsze przechodzi przez człowieka.
Miałem okazję poczuć to bardzo dosłownie.
Kilka stołów i kilkanaście różnych osób
Nie wydarzyło się to podczas mojego kursu.
Zostałem zaproszony przez Martę Gierczyńską na sesję feedbackową odbywającą się ostatniego dnia szkolenia innej grupy.
To szczególny dzień.
W sali ustawionych jest kilka stołów. Na jednym leży Marta, na pozostałych zaproszone osoby, najczęściej praktycy, którzy sami znają Lomi Lomi Nui.
Kursanci pracują kolejno przy różnych stołach.
Mniej więcej co dwadzieścia minut następuje zmiana.
Jedna osoba odchodzi, przychodzi następna.
I tak przez kilka godzin.
W ciągu takiej sesji może dotykać Cię dziesięć, jedenaście, dwanaście osób.
Wszyscy uczestniczą w tym samym szkoleniu.
Uczą się od tego samego nauczyciela.
Poznają te same zasady.
Pracują w ramach tej samej metody.
A Ty leżysz na stole i co kilkanaście minut przekonujesz się, że właśnie zmienił się cały świat.
Ta sama technika. Zupełnie inne doświadczenie.
Nie trzeba nawet otwierać oczu.
Po prostu wiesz, że przy stole stoi już ktoś inny.
Jedna osoba pracuje pewnie i szeroko.
Druga ostrożniej.
Ktoś ma piękne wyczucie rytmu.
Ktoś inny robi ruch, który technicznie może wyglądać podobnie, ale w odbiorze jest zupełnie inny.
Zmienia się sposób wejścia w kontakt.
Ciężar ręki.
Tempo.
Swoboda.
Sposób prowadzenia ciała.
Czasem nawet atmosfera całego spotkania.
I wtedy bardzo wyraźnie dociera do Ciebie, że masażysta nie jest przezroczystym wykonawcą techniki.
Nie można wyjąć człowieka z masażu i pozostawić samego Lomi Lomi Nui.
Człowiek jest częścią tego doświadczenia.
Wieczorem usiedliśmy w kręgu
Po kilku godzinach pracy przyszła pora na feedback.
Usiedliśmy razem i zaproszone osoby opowiadały o swoich odczuciach.
Co zapamiętały.
Co szczególnie im odpowiadało.
Co można jeszcze rozwijać.
Jak odbierały pracę poszczególnych kursantów.
I właśnie wtedy powiedziałem coś, co zostało ze mną do dzisiaj.
Pomyślałem, że gdyby każda z tych osób po ukończeniu szkolenia otworzyła własne studio przy tej samej ulicy, każda mogłaby znaleźć swoich klientów.
Wszyscy oferowaliby Lomi Lomi Nui.
A jednak nie oferowaliby tego samego.
Bo każdy z nich był inny.
I każdy był inny na swój własny, piękny sposób.
Ludzie przychodzą na masaż. Ale przychodzą do ludzi.
Właśnie z takich doświadczeń bierze się dla mnie sens tego zdania.
Na początku wybieramy usługę.
„Chcę Lomi Lomi Nui.”
Szukamy miejsca.
Patrzymy na zdjęcia.
Czytamy opis.
Sprawdzamy cenę.
Ale ostatecznie nie przychodzimy do nazwy masażu.
Przychodzimy do człowieka.
To jego ręce będą pracowały z naszym ciałem.
To przy nim będziemy przez kilkadziesiąt minut niemal zupełnie bezbronni.
To jego sposób pracy może sprawić, że zechcemy wrócić albo że następnym razem poszukamy kogoś innego.
I to jest w porządku.
Nie każdy człowiek jest dla każdego.
Nie każdy sposób dotykania będzie odpowiadał wszystkim.
Tak samo jak nie każdy nauczyciel jest dobry dla każdego ucznia, nie każdy fryzjer rozumie nasze włosy i nie z każdym człowiekiem chcielibyśmy spędzić wieczór przy jednym stole.
Dotyk jest osobisty.
Dlaczego masaż miałby być wyjątkiem?
Co więc znaczy „kochające dłonie”?
Właśnie tutaj wracam do słów Mary Kawena Pukui:
„Dotyk wypełniony miłością jest darem, który zmienia życie – zarówno tego, kto daje, jak i tego, kto otrzymuje.”
Miłość w tym zdaniu rozumiem szerzej niż uczucie skierowane do konkretnej osoby.
Można przecież kochać to, co się robi.
Można przygotować komuś posiłek i włożyć w niego serce.
Można godzinami pracować nad kawałkiem drewna, bo zależy nam na każdym szczególe.
Muzyk może zagrać ten sam utwór tysiąc razy, a mimo to za każdym razem pozostawić w nim kawałek siebie.
Tak samo jest z rękami.
Mogą po prostu wykonać zadanie.
Albo może im zależeć.
I być może właśnie pomiędzy jednym a drugim znajduje się cała różnica.
Nie potrzebuję opowieści o uzdrawiającej energii
W starych i współczesnych opisach Lomi Lomi Nui bardzo łatwo znaleźć wielkie słowa.
Uzdrawianie.
Transformacja.
Przepływ energii.
Usuwanie blokad.
Przemiana ciała i ducha.
Ja nie potrzebuję obiecywać żadnej z tych rzeczy.
Nie wiem, co przeżyje osoba, która położy się na moim stole.
Nie wiem, czy będzie to dla niej głębokie doświadczenie, czy po prostu bardzo dobry masaż.
I oba scenariusze są w porządku.
Znacznie bardziej interesuje mnie rzecz, którą rzeczywiście mogę zrobić.
Dobrze wykonać swoją pracę.
Nie stać przy stole z głową gdzie indziej.
Nie zamienić człowieka w kolejną godzinę kalendarza.
Nie wykonywać Lomi Lomi Nui tylko dlatego, że znam kolejność ruchów.
To może brzmieć mniej mistycznie.
Dla mnie jest znacznie ważniejsze.
Ręce zbierają historię
Po kilkuset sesjach dłonie nie są już tymi samymi dłońmi, którymi wykonało się pierwszy masaż.
Nie chodzi oczywiście o ich wygląd.
Zmienia się człowiek.
Każda kolejna osoba czegoś uczy.
Jedna pokazuje, że coś, co do tej pory świetnie się sprawdzało, tym razem zupełnie nie pasuje.
Inna pozwala odkryć ruch, którego wcześniej nie wykonywaliśmy w taki sposób.
Zaczynamy rozumieć subtelności, których na początku nawet nie zauważaliśmy.
Pewnych rzeczy nie można nauczyć się z książki.
Nie da się ich też dokładnie przekazać podczas szkolenia.
Potrzebne są godziny przy stole.
Setki różnych ciał.
I zgoda na to, że człowiek nigdy nie będzie skończonym projektem.
Ani ten leżący na stole.
Ani ten, który przy nim stoi.
Moje Lomi Lomi Nui
Marta i inni nauczyciele dali mi fundament.
Później każda kolejna sesja dokładała coś własnego.
Każdy człowiek, którego masowałem.
Każdy masaż, który sam przyjąłem.
Każda dobra decyzja.
Każdy błąd.
Każdy moment, po którym pomyślałem: następnym razem zrobię to inaczej.
Z tego wszystkiego powstaje mój sposób Lomi Lomi Nui.
Nie twierdzę, że jest jedynym właściwym.
Nie musi być.
Ma być mój.
I ma być dobry dla ludzi, którzy właśnie takiego sposobu pracy szukają.
Kochające dłonie nie są doskonałe
Dzisiaj właśnie tak rozumiem określenie „masaż kochających dłoni”.
Nie jako opowieść o dłoniach posiadających niezwykłą moc.
Nie jako reklamowe określenie delikatnego masażu.
I nie jako obietnicę, że jedna sesja odmieni komuś życie.
Kochające dłonie mogą być mocne.
Mogą być miękkie.
Mogą się uczyć.
Mogą czasem popełnić błąd.
Mogą z każdą kolejną sesją stawać się lepsze.
Najważniejsze jest dla mnie coś innego.
Żeby za tymi rękami nadal stał człowiek, któremu zależy.
Bo być może właśnie dlatego dotyk potrafi znaczyć tak wiele zarówno dla tego, kto go otrzymuje, jak i dla tego, kto go daje.
I właśnie dlatego cytat Mary Kawena Pukui został ze mną na tyle długo, że znalazł swoje miejsce również w PonoPono Studio:
„Dotyk wypełniony miłością jest darem, który zmienia życie – zarówno tego, kto daje, jak i tego, kto otrzymuje.”
